Sezonowe błędy przy drzewach owocowych, które kosztują cię plony

Ferdynand Król
4 Min. czas czytania
Sezonowe błędy przy drzewach owocowych, które kosztują cię plony

Masz jabłoń, gruszę albo śliwkę i co roku czekasz na owoce, które jakoś nie chcą się pojawić w zadowalającej ilości? Spokojnie – nie jesteś sam. Większość ogrodników amatorów popełnia te same błędy, sezon po sezonie, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Cięcie o złej porze – klasyk, który wciąż zbiera żniwo

Zacznijmy od rzeczy, która wydaje się prosta, a w praktyce potrafi zaskoczyć. Cięcie wiosną „kiedy jest ciepło” to nie to samo co cięcie we właściwym momencie. Jabłonie i grusze powinno się przycinać pod koniec zimy, zanim ruszą pąki – nie wtedy, gdy kwitną albo, co gorsza, gdy już widać pierwsze listki.

Właściwy moment to tzw. pełzająca wiosna – ten krótki okres, gdy temperatury w dzień regularnie przekraczają 5°C, ale drzewo jeszcze nie ruszyło z wegetacją. Dla większości rejonów Polski to przełom lutego i marca. Ale zależy od roku i mikroklimatu działki.

Osobna historia to śliwki i wiśnie. One są bardziej wrażliwe na choroby grzybowe i najlepiej radzi sobie z nimi cięcie latem, po zbiorach. Kto tnie je w maju razem z jabłonią, ten może mieć problem z srebrzystością liści.

Zbyt mocne cięcie – drzewo, które broni się wzrostem

To chyba najczęstszy błąd wśród osób, które wreszcie się zmobilizowały i chwyciły za sekator. Logika podpowiada: skoro drzewo zaniedbane, to tniemy głęboko. Tymczasem mocniej przycięte drzewo owocowe zaczyna rosnąć jeszcze szybciej – za to wydaje mniej owoców. To reakcja obronna: zaburzone drzewo zawiązuje pąki liściaste, które kosztują je mniej energii niż kwiaty i owoce.

Regularność bije intensywność. Małe, coroczne cięcia dają lepsze efekty niż wielka operacja raz na pięć lat, po której drzewo przez dwa sezony tylko dochodzi do siebie.

Tępe narzędzia i brak dezynfekcji

Tępy sekator to chyba najczęstszy, a jednocześnie najbardziej lekceważony powód infekcji po cięciu. Szarpana rana goi się dwa razy dłużej, a przy okazji stanowi otwarte zaproszenie dla grzybów i patogenów. Parę złotych za ostrzenie – albo wymiana sekatora na nowy bypass – naprawdę robi różnicę.

Warto też pamiętać o dezynfekcji narzędzi między drzewami. Wystarczy chwila w denaturacie. Bez tego przenosimy choroby z jednego drzewka na drugie i sami nie wiemy, skąd problem.

Nawożenie „na oko” i ignorowanie pH gleby

Tu jest błąd, który wychodzi dopiero po kilku sezonach – i właśnie dlatego tak trudno go rozpoznać. Większość sadowników kupuje nawozy „bo sąsiad stosuje ten sam preparat i mu działa”. Tymczasem pH gleby w sadzie powinno mieścić się między 6,0 a 6,8. Jeśli gleba jest zbyt kwaśna, drzewo może stać w glebie pełnej składników odżywczych i nadal głodować, bo nie jest w stanie ich wchłonąć.

Badanie gleby raz na 3–4 lata kosztuje kilkadziesiąt złotych w stacji chemiczno-rolniczej. I może zaoszczędzić kilkaset na nawozach, które i tak nie działają bez odpowiedniego odczynu.

Błędy, które widać dopiero po czasie

Są też rzeczy trudniejsze do wychwycenia na bieżąco:

  • Brak wykaszania trawy pod drzewami – trawa konkuruje z korzeniami o wodę i azot, szczególnie w młodym sadzie.
  • Zbyt późne przerzedzanie owoców – powinno się to robić w czerwcu, gdy zawiązki są jeszcze małe. Jeden sezon „przejadania” = następny rok bez plonu.
  • Przelanie drzew wiosną – sprzyja zbytniemu wzrostowi pędów kosztem zawiązywania owoców.

Sad to żywy system, który lubi płatać figle. Dobry sadownik to nie ten, kto nie popełnia błędów, tylko ten, kto szybko je rozpoznaje i nie powtarza ich sezon po sezonie. A znajomość tych pułapek to już połowa sukcesu.

Najnowsze wiadomości

Share This Article
Follow:
Ferdynand Król jest niezależnym autorem specjalizującym się w tematyce związanej z domem i mieszkaniem. Publikuje treści informacyjne, które mają pomóc osobom prywatnym w codziennym utrzymaniu, organizacji i ulepszaniu ich mieszkań. Jego artykuły charakteryzują się przejrzystością, użytecznością i doświadczeniem użytkownika.
Brak komentarzy