Wilgoć w ścianach: sygnały, które właściciele domów mylą z „normalnym starzeniem” — i słono za to płacą

Łuszcząca się farba przy oknie, lekki zapach stęchlizny w rogu sypialni, krople spływające po szybie zimowym porankiem — większość z nas wzrusza ramionami i mówi „stary dom, tak już jest”. Problem w tym, że właśnie ta beztroskość potrafi kosztować dziesiątki tysięcy złotych w naprawach, których dało się uniknąć.

Kiedy „tak już jest” zamienia się w katastrofę budowlaną

Znam to z autopsji. Moi znajomi kupili dom z lat osiemdziesiątych, cieszyli się nim przez trzy lata, a potem podczas remontu łazienki robotnicy otworzyli ścianę i… no cóż. Pleśń sięgała metr w głąb konstrukcji. Koszt? Około 35 000 złotych. A zaczęło się od drobnej plamy, którą zamalowali przy okazji malowania pokoju.

To nie jest wyjątek. Zawilgocenie murów działa powoli, cierpliwie, niewidocznie — i ujawnia się zazwyczaj w najgorszym możliwym momencie. Specjaliści od diagnostyki budynków zgodnie powtarzają, że większość poważnych uszkodzeń wynika nie z braku wiedzy, tylko z błędnej interpretacji sygnałów, które są dosłownie przed oczami.

Zaparowane szyby — czy naprawdę „tak po prostu bywa”?

Krople wody na oknach zimą wydają się wielu osobom czymś naturalnym. „Zimno na zewnątrz, ciepło w środku — no to para się skrapla, co w tym dziwnego”. I owszem, zjawisko kondensacji jest normalne. Ale regularne zaparowywanie szyb, szczególnie rano przez wiele dni z rzędu, to sygnał, że wilgotność powietrza w mieszkaniu przekracza bezpieczną normę. Optymalne wartości to 40–60%. Powyżej 60% zaczyna się strefa ryzyka — pleśń i grzyby czują się tam jak w spa.

Co ciekawe, szczelne nowoczesne okna paradoksalnie nasilają problem. Stare okna „oddychały” przez nieszczelności. Nowe zatrzymują wilgoć wewnątrz, bo zastąpiono je bez jednoczesnej modernizacji wentylacji. Efekt? Dom szczelny jak termos, w którym gromadzi się każdy gram pary z gotowania, prania i kąpieli.

Łuszcząca się farba i odchodząca tapeta

To jest jeden z tych objawów, który niemal zawsze dostaje etykietę „czas na odświeżenie”. I owszem, może to być kwestia zwykłego zużycia materiałów. Ale jeśli farba łuszczy się w tym samym miejscu po każdym malowaniu, a tapeta odkleją się przy podłodze lub w narożnikach — to nie problem z farbą. To problem ze ścianą.

Podciąganie kapilarne wody z gruntu to jeden z klasycznych mechanizmów zawilgocenia starszych budynków. Woda gruntowa przesiąka przez fundamenty pozbawione hydroizolacji i wędruje w górę przez materiał budowlany. Objawy koncentrują się zazwyczaj na ścianach przy podłodze i stopniowo wędrują wyżej. W budynkach z lat 70. i 80. takie izolacje po prostu nie istniały lub zostały z czasem zniszczone.

Sygnały, które trudno zignorować — a jednak

Zapach stęchlizny w pomieszczeniu to chyba najbardziej niedoceniany alarm. Wiele osób przez miesiące — dosłownie miesiące — traktuje go jako „coś w wentylacji” albo „sąsiedzi znowu coś gotują”. Tymczasem trwały, lekko ziemisty zapach w domu niemal zawsze oznacza obecność pleśni, często ukrytej za meblami, pod podłogą lub w ścianach działowych.

Warto wiedzieć, jakie sygnały powinny skłonić do działania — nie za tydzień, nie po następnym malowaniu, ale teraz:

  • Ciemne lub szare plamki pojawiające się w narożnikach ścian i sufitów, szczególnie w sypialniach i łazienkach
  • Drewniane elementy (listwy przypodłogowe, framugi drzwi, parkiet) zaczynające pęcznieć lub skrzypieć bardziej niż zwykle
  • Zapach stęchlizny utrzymujący się nawet po wietrzeniu
  • Krople wody na wewnętrznych powierzchniach okien przez kilka dni z rzędu
  • Mokre lub zimniejsze w dotyku miejsca na ścianie, szczególnie w pobliżu okien i narożników zewnętrznych

Mostki termiczne — problem, którego nie widać gołym okiem

No i tu robi się technicznie, ale spróbuję to uprościć. Mostek termiczny to miejsce w przegrodzie budowlanej — ścianie, suficie, połączeniu ściany z podłogą — gdzie ciepło ucieka szybciej niż w pozostałych częściach. Temperatura na powierzchni w tym miejscu jest niższa, para wodna skrapla się właśnie tam i… mamy wilgoć. Najczęściej wokół okien i drzwi, w narożnikach zewnętrznych ścian, przy balkonach.

Diagnoza mostków wymaga kamery termowizyjnej i zazwyczaj fachowca. Ale nie trzeba od razu wyciągać ciężkiej artylerii — jeśli pleśń wraca w tym samym narożniku po każdym czyszczeniu, to mostek termiczny jest jedną z pierwszych hipotez do sprawdzenia.

Ile to tak naprawdę kosztuje — i czy można temu zapobiec?

Koszty osuszania budynku i usuwania pleśni zaczynają się od kilku tysięcy złotych przy małych interwencjach, a przy poważnym zawilgoceniu murów zewnętrznych lub fundamentów potrafią sięgać kilkudziesięciu tysięcy. Do tego dochodzą koszty odtworzenia: tynkowanie, malowanie, wymiana podłóg, mebli. Ubezpieczyciele często wypłacają odszkodowania — ale tylko wtedy, gdy szkodę zgłoszono bez zbędnej zwłoki. Czekanie „aż samo przejdzie” jest podwójnie kosztowne.

Co można zrobić bez specjalisty? Całkiem sporo. Higrometr — prosty przyrząd do pomiaru wilgotności powietrza, dostępny w każdym sklepie budowlanym za kilkadziesiąt złotych — powinien być w każdym domu. Regularne wietrzenie (tak, nawet zimą, przez kilka minut dziennie) działa lepiej niż jakikolwiek pochłaniacz wilgoci ze sklepu. Sprawdzanie stanu uszczelnienia okien, rynien i obróbek dachowych raz w roku to pięć minut, które mogą oszczędzić lata problemów.

Prawda jest taka: wilgoć w ścianach rzadko pojawia się nagle. Daje sygnały. Wiele, przez długi czas. Pytanie tylko, czy je słyszymy — czy też wolimy znowu zamalować ten narożnik i poczekać do następnego remontu.

Dodaj komentarz